Dowiedziałam się dziś, że nie mieć planów na Sylwestra na początku grudnia to karygodne zaniedbanie, które nie powinno zdarzyć się w pełni rozwiniętemu umysłowo człowiekowi. Plany na Sylwestra powinno mieć się już w październiku, najpóźniej w listopadzie, a i listopad jest już poważną igraszką z losem, no bo czy można wymyślić sensownego sylwestra tak późno?
Wszak trzeba rozejrzeć się za odpowiednio wystrzałową kreacją, obmyślić strategię błyskawicznego odchudzenia się po najbardziej żarłocznych ze świąt, zamówić fryzjera, bo przecież jak obudzę się po świętach, to o fryzjerze mogę zapomnieć. Miejsca będą już dawno porezerwowane, a ja zostanę z żałosnymi resztkami fryzury bożonarodzeniowej. Załatwienie wszystkich tych formalności miałoby mi zapewnić sukces na sylwestrowym parkiecie, perfekcyjny wygląd w tę wyjątkową noc i satysfakcje z udanego balu.
Ale ja jeszcze nic nie zaplanowałam. Doświadczenie moje bowiem pokazuje, że wysiłek włożony w sylwestrowe przygotowania jest odwrotnie proporcjonalny do jakości zabawy. Moje dotychczasowe Sylwestry to kompletne porażki, niezależnie, czy zaprezentowałam się w tafcie, tiulu i satynie, czy na pomysłowej imprezie tematycznej w mniej oficjalnym stroju. Nie miało znaczenia, czy bawię się z nowymi czy starymi znajomymi, w gronie większym czy mniejszym, z alkoholem czy bez, przy metalu czy przy disco. Każde kolejne sylwestrowe niepowodzenie skłaniało mnie do refleksji, że to nie we mnie, ani nie w przygotowaniach tkwi powód nieowocności sylwestrowej nocy.
Powód tkwi w naturze tej nocy i źle rozłożonych akcentach fabularnych. Sylwestrowa siatka narracyjna wygląda tak: od 20 do 23 przekąska, czyli jak najmniej bezbolesne doczekanie do 23, czyli godziny, kiedy trzeba wkręcić się w nastrój radosnego oczekiwania, jak na niespodziankę. Ale przecież żadnej niespodzianki nie ma. Północ wybija codziennie, a Sylwester jest co roku. Gasną światła, jakiś sprytny dj puszcza „Final Countdown”, „We are the champions” czy cos równie monumentalno-krzepiącego. Radość trwa między wybuchem korka pierwszego a ostatniego szampana, czyli jej długość uzależniona jest od ilości szampanów na imprezie. I potem zapala się światło. I wszystko jest takie same, jak kilka godzin wcześniej, jedynie wzroki współimprezowiczów bardziej błędne, rozmazane makijaże już nie tak perfekcyjne, jednym plusem jest, że właśnie kończy się monumentalno-krzepiący utwór wieczoru. Pozostaje zacisnąć zęby i jakoś doczekać do trzeciej, no bo przecież nie wypada tak szybko kończyć najważniejszej imprezy w roku, tym bardziej, że zapłaciło się za konsumpcję i pozostał niedopity alkohol.
A potem już żal w najczystszej postaci. Smutek, że skończył się czas świąteczny, pora ocknąć się, iść do szkoły, sesja i wszystko to, co odłożyło się na ‘po świętach’. Dlatego, żeby sobie oszczędzić przynajmniej kaca i fizycznego zmęczenia w tym roku nic nie planuje. A właściwie jednak planuje – miły, kameralny wieczór, który spędzę na oglądaniu telewizji lub grze w ping-ponga w niezobowiązującym i bezpretensjonalnym stroju, o północy wypije lampkę szampana, złożę noworoczne życzenia sms-ami, i z poczuciem pełnej satysfakcji położę się spać.
źródło: merkuriusz.id.uw.edu.p